Nie znoszę porządków na strychu. Trzeba poodkurzać meble, wyrzucić śmieci, schować do szaf niepotrzebne rzeczy, wytrzepać dywany i... WYRZUCIĆ STARE ZABAWKI. Najbardziej nie lubię tego ostatniego. Czasem jednak przychodzi ten dzień, gdy rodzice budzą cię o 5:00 nad ranem i każą sprzątać strych, bo jak nie to będzie zakaz oglądania filmów. Wiadomo, że ten dzień kiedyś nadejdzie. Ten dzień nastąpił właśnie dziś...
Mama mną potrząsnęła i kazała wcinać grzanki i pić szybko mleko. Potem dala mi odkurzacz, miotełkę i szmatkę. Weszłam po starych, drewnianych schodach na strych. Wzięłam miotełkę i zaczęłam wycierać szafę z pajęczyn, kurzu i brudu. Otworzyłam ją. włożyłam do środka starą piłkę i już chciałam ją zamknąć, gdy zauważyłam stary, zakurzony zeszyt. Wzięłam go. Na czerwonej okładce błyszczały złote litery, które układały się w napis: "Hrabina Anna Revolttare - podróż do Hiszpanii." Zaciekawiona otworzyłam zeszyt i pogrążyłam się w lekturze. Oto kilka stron, które przeczytałam:
Sobota, 15 lipca 1880 r.
Wstałam wcześnie. Nawet nie zdążyłam skosztować śniadania. Musiałam spieszyć do karety, która zawoziła mnie do Hiszpanii Wzięłam czerwony kufer i upchałam tam:10 kapeluszy, kilka atłasowych, kolorowych sukni, 3 halki w kwiaty, kilka wachlarzy i podręczny serwis do herbaty oraz drogą biżuterię. Zapowiadał się wspaniały dzień. Jechaliśmy pół dnia. W końcu dojechaliśmy do rezydencji moich wujków - Hrabiny Klary Revolttare i Hrabiego Arnolda Revolttare. Ciotka i wuj przywitali mnie serdecznie i oprowadzili po domu. Potem poszliśmy na spacer do mojej babci (mamy wujka) Hrabiny Anny Revolttare. Oprowadziła nas po parku i pokazywała nam hiszpańskie cuda. Zjedliśmy u niej obiad (zupa pomidorowa za śmietaną, marchewka i świeże mięso). Na zakończenie dnia przejechaliśmy się hiszpańskim powozem. Jest zupełnie inny niż francuski. Jest wyłożony bardziej miękkim materiałem, jest wysadzany rubinami i nie podskakuje na kamieniach. To był dzień pełen wrażeń i byłam szczęśliwa śpiąc w moim łóżku z kolumienkami, pod wujowskim dachem.
Niedziela, 16 lipca 1880 r,
Obudziłam się. Szybko zjadłam śniadanie i pojechałam powozem do mojej drugiej ciotki: Panny Elizy Sarahazzere. Moja druga ciotka (siostra mamy, nie ma męża) była bardzo surową, kościstą kobietą. Włosy miała zawsze spięte w ciasny, ciemny kok. Jej usta najczęściej przypominały wąską szparkę, lekko zakrzywioną z lewej strony. Ciocia nosiła sztywne, obcisłe, czarne lub bure suknie i wielkie (przeważnie fioletowe i szare) kapelusze z pawimi piórami. W jej towarzystwie nie można było: śmiać się, wykrzywiać, wybrzydzać, jąkać, potykać, kłamać, leniuchować, nucić, śpiewać, garbić się itd. Jeśli ciocia wykryła nawet nawet najmniejszy wybryk, to od razu wygłaszała 2 - godzinną przemowę o dobrym wychowaniu i o tym, że w tak wysoko postawionej rodzinie nie wypada się tak zachowywać. Ciocia od razu zaczęła mnie krytykować. Mówiła min.: że schudłam, że panience z dobrego domu nie wypada nosić różowych rękawiczek, że kapelusze z różami już dawno wyszły z mody, że nie wypada nosić butów z kokardką po prawej stronie itd. Potem kazała mi jeść obiad i nie grymasić. Była jakaś zupa kalafiorowa, pierogi z mięsem i krem z fasolki. BLE! Na szczęście ciocia nie zauważyła jak się skrzywiłam, bo właśnie krytycznie przyglądała się mojej pelerynie wiszącej na wieszaku. Na koniec wizyty ciocia szybko cmoknęła mnie w policzek i dała parę białych rękawiczek, bo (jak to powiedziała): "Dla panienki z dobrego domu odpowiednie są tylko białe". Po czym ciocia szybko zatrzasnęła za mną drzwi. Gdy wróciłam do domu byłam strasznie zmęczona. Zdrzemnęłam się na chwilkę. Zaraz po obudzeniu przeszliśmy się wieczorem po ulicy, zjedliśmy trochę jabłecznika i wujkowie położyli się spać. Ja liczyłam gwiazdy i myślałam o rodzicach, którzy zostali we Francji..
Na tym skończyłam czytać. Zatrzymałam to dla siebie. Od tamtej pory lubię sprzątać strych i zaglądać do starej szafy, w której znalazłam Dziennik Hrabiny Anny Revolttare, z podróży do Hiszpanii.
Koniec
Szukaj na tym blogu
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą na podstawie dziennika. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą na podstawie dziennika. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 31 sierpnia 2015
niedziela, 14 czerwca 2015
Mała Małgorzata
Dawno, dawno temu za małym morzem i mieniącymi się mokradłami żyła sobie Małgosia. Małgosia mieszkała w małym mieszkaniu razem z macochą Marychą. Miały małpy i morsy w małym mokradełku. Małgosia miała 5 lat i dlatego wszyscy mówili na nią mała Małgosia. Małgosi tata miał na imię Maciej i był marynarzem. Teraz opowiem o jednym dniu z życia Małgosi.
Rano Małgosia wstała o 9:30 i wyłączyła budzik w kształcie mango. Potem umyła się mydłem malinowym i ubrała się w: miękką marynarkę we wzór moro, małą, melanżową miniówkę, morelowy melonik, morską muszkę i miętowe mokasyny. Małgosia była modnisią i uwielbiała się malować morelowa, matową szminką. Po ubraniu Małgosia zeszła z macochą na śniadanie. Na stole wyłożony był mus marchewkowy i morelowa "Miranda". Mała rodzina zjadła mus i skończyła śniadanie. Następnie Małgosia ułożyła włosy na mokrą Włoszkę i pomaszerowała do szkoły by napisać maturę. Małgosia miała marzenie żeby ją zdać. Małgosia na nieszczęście nie zabrała miękkiej mufki. Dziewczynka miała jeszcze do pokonania długą drogę, gdy nagle zobaczyła małego misia Marcinka. Miś chodził z nią do klasy. Marcinek był nowym uczniem, bo niedawno przeprowadził się z rodzicami do malinowej mieściny. Mały misiu powiedział Małgosi, że się martwi, bo się zgubił. Koleżanka pożyczyła mu zapasowe, miękkie mokasyny i zaprowadziła do szkoły. W szkole Małgorzatka i Marcin spotkali swoje koleżanki: Misię, Melanię, Martę i Magdę. Razem poszli do klasy i przygotowali się do matematyki. Pani Martyna zawołała dzieci do sali i zaczęła się lekcja. Na matematyce Pani opowiadała o mnożeniu. Następną lekcją był j. mongolski. Mądry Pan Michał na lekcji modlił się po mongolsku i uczył malowania techniką mongolską. Ostatnia lekcja - malarstwo - upłynęła szybko. Pani Michalina mówiła o malowaniu miejscowym i malarskiej maturze. Następnie Małgosia i inne dzieci zeszły do sali modlitewnej pisać maturę. Po całym dniu szkoły Małgorzata była zmęczona i ledwo doczołgała się do mieszkania. W domu odrobiła zadania, padła na materac i zasnęła.
Teraz, jak już opowiedziałam o dniu z życia Małgosi mogę opisać jej pokój. Za morelowymi drzwiami, po prawej stronie stała mała szafeczka koloru miętowego. Obok niej leżały morelowe materace i zestawy do słuchania muzyki. Na miętowych ścianach wisiały mongolskie monety, nabyte na wakacjach. Zamiast dywanu na podłodze rozłożona była mieniąca się mata. Na suficie wisiał żyrandol z miejscowych malachitów. Mokasyny chowane były w modelarni, w której dziewczynka malowała i lepiła z modeliny małe małpki. Swoje dzieła stawiała na półeczce i ozdabiała je malachitami. Blok, w którym mieszkali Małgosia, macocha i Maciej wyglądał niepozornie. Miał wyłamane drzwi, źle pomalowane dachówki i odrapane melanżowe ściany, ale dla Małgosi zawsze był najpiękniejszy.
Koniec!
Rano Małgosia wstała o 9:30 i wyłączyła budzik w kształcie mango. Potem umyła się mydłem malinowym i ubrała się w: miękką marynarkę we wzór moro, małą, melanżową miniówkę, morelowy melonik, morską muszkę i miętowe mokasyny. Małgosia była modnisią i uwielbiała się malować morelowa, matową szminką. Po ubraniu Małgosia zeszła z macochą na śniadanie. Na stole wyłożony był mus marchewkowy i morelowa "Miranda". Mała rodzina zjadła mus i skończyła śniadanie. Następnie Małgosia ułożyła włosy na mokrą Włoszkę i pomaszerowała do szkoły by napisać maturę. Małgosia miała marzenie żeby ją zdać. Małgosia na nieszczęście nie zabrała miękkiej mufki. Dziewczynka miała jeszcze do pokonania długą drogę, gdy nagle zobaczyła małego misia Marcinka. Miś chodził z nią do klasy. Marcinek był nowym uczniem, bo niedawno przeprowadził się z rodzicami do malinowej mieściny. Mały misiu powiedział Małgosi, że się martwi, bo się zgubił. Koleżanka pożyczyła mu zapasowe, miękkie mokasyny i zaprowadziła do szkoły. W szkole Małgorzatka i Marcin spotkali swoje koleżanki: Misię, Melanię, Martę i Magdę. Razem poszli do klasy i przygotowali się do matematyki. Pani Martyna zawołała dzieci do sali i zaczęła się lekcja. Na matematyce Pani opowiadała o mnożeniu. Następną lekcją był j. mongolski. Mądry Pan Michał na lekcji modlił się po mongolsku i uczył malowania techniką mongolską. Ostatnia lekcja - malarstwo - upłynęła szybko. Pani Michalina mówiła o malowaniu miejscowym i malarskiej maturze. Następnie Małgosia i inne dzieci zeszły do sali modlitewnej pisać maturę. Po całym dniu szkoły Małgorzata była zmęczona i ledwo doczołgała się do mieszkania. W domu odrobiła zadania, padła na materac i zasnęła.
Teraz, jak już opowiedziałam o dniu z życia Małgosi mogę opisać jej pokój. Za morelowymi drzwiami, po prawej stronie stała mała szafeczka koloru miętowego. Obok niej leżały morelowe materace i zestawy do słuchania muzyki. Na miętowych ścianach wisiały mongolskie monety, nabyte na wakacjach. Zamiast dywanu na podłodze rozłożona była mieniąca się mata. Na suficie wisiał żyrandol z miejscowych malachitów. Mokasyny chowane były w modelarni, w której dziewczynka malowała i lepiła z modeliny małe małpki. Swoje dzieła stawiała na półeczce i ozdabiała je malachitami. Blok, w którym mieszkali Małgosia, macocha i Maciej wyglądał niepozornie. Miał wyłamane drzwi, źle pomalowane dachówki i odrapane melanżowe ściany, ale dla Małgosi zawsze był najpiękniejszy.
Koniec!