Szukaj na tym blogu

piątek, 18 grudnia 2015

Małgorzatka i kosmita z krainy Mela

 Drrrrrryń! O nie! dzwonek na lekcje już dzwoni. Denerwuję się przed muzyką. Mamy na niej materiał do matury z Mozarta. Chyba mnie pamiętacie? Jestem Małgorzatka i wprost nie znoszę muzyki. To miauczenie miętoli mi w mózgu.
  Ale co to? Pani Martyna nie daje nam kartek tylko miętosi nerwowo swoje martensy i... rękę jakiejś nieznajomej, małej dziewczynki. Okazało się, że to nowa dziewczyna w klasie - Mela. Mela miała malinowe margaretki wpięte we włosy, uczesane w misterne loki z modną grzywką. Wyglądała na mądralińską i pewną siebie "miss" własnego świata. Miała ubrane morelowe (męskie) mokasyny. Ech, no tak! Wszyscy teraz wiedzą, że noszenie męskich butów jest dobre. Mela miała też malinowy mini top i miętową miniówkę z morskimi moreu (egzotyczny ornament na odzieży). Na jej malinowych pazurach lśniły mieniąc się modne mitenki. Szybko się przywitała i popatrzyła na innych z ironią.
- A gdzie moja klasa? - mruknęła - mam migrenę! No dalej! Przynieść mi morelowy mix...
Cała klasa patrzyła na nią oniemiała. Mela niezrażona pierwszym ruchem "służby naszej miss" odparła:
- No co? Co tu się wyrabia? Chyba trafiłam w złe miejsce. Jak na służbę 11-latki jakoś nie spełniacie moich żądań! - Mela machała małą, markową torebeczką, a po całej klasie latały markery, maliny, mrówki i małże, które mała miss miała w plecaku. Pani Martyna zbladła i mizerniała, aż w końcu wytłumaczyła Meli, że to MY jesteśmy jej klasą. Mela skrzywiła się i mruknęła coś w tym stylu:
- Moja mmm....słu..... moja klaso! Jeszcze sssię policzymy - po czym usiadła obok Marty i bez pytania wyjęła z jej plecaka mufinki i zaczęła mlaskać z apetytem. Wszyscy patrzyli na nią jak na kosmitę. Drrrrrryń! Nareszcie dzwonek na przerwę oznajmił, że materiał na maturę jest tylko mizernym marzeniem mądralińskiego. A kogo to zasługa?...
-Hej! - zawołał Marcel - przez tą kosmitkę Mela miss upiekło się nam!
-Ciiiiii! - syknęła klasa. Niestety było już za późno. Po napisanej maturze pomyślałam, że Marcel zrobił to specjalnie. W końcu nie każdy może znaleźć na miłość kosmitę z planety Mela. Żeby to zrobić trzeba być zawodowcem. A może wystarczy tylko położyć się do łóżka i przekonać się, że to wszystko było tylko snem. Chyba AŻ!

                                                                                       Koniec!  

poniedziałek, 28 września 2015

Dwie Małgorzatki

   Jeden, dwa, trzy... A, to wy? Cześć! Właśnie liczyłam jajka na jajecznicę z margaryną. Co ja to miałam Wam opowiedzieć...?  A, prawda! Mam dla Was wspaniałą nowinę! Mam małą siostrzyczkę!Ma na imię Małgożata. W sumie nie ma różnicy, tylko, że jej imię się inaczej pisze. No może nie jest już taka mała, w końcu ma już 12 lat, ale... Te kilka dni nie robi różnicy. Przynajmniej jeśli sobie założymy, że nie mam tylko 5 lat. Trudno, szczegóły nie są ważne. Tak samo nieważne jak napisanie na kartkówce (przeze mnie) "masury"(Mazury) i "mienki"(miękki)... No, ale wróćmy do tematu. Przepraszam, że nie wspomniałam o niej wcześniej, ale była na wakacjach i na "chwilkę" o niej zapomniałam. Ale teraz jest tu, w domu i zaraz zacznie wydziwiać...
   Tak wróćmy do liczenia jajek. Jedno, drugie...
- Potrzebne ci będzie sześć jajek Małgosiu. A tak poza tym, miałaś mi zrobić mus, i marchewkową marmoladę, i mrożone maliny i...
Tak, to moja milutka siostra właśnie weszła do kuchni. Ojejku! Teraz zaczyna mi wypominać:
- Nie tak Małgorzatko moja, nie tak... To trzeba robić ostrożnie i...
W tym momencie Małgożata wyrwała mi łyżkę z ręki i szybko zaczęła mieszać. Tak szybko, że nie widziała swoich ruchów i...
- Aaaa! Jak to boli! Małgorzatko, to twoja wina! Twój wzrok źle działa na moje ruchy i...
   Tak. Jak zwykle siostra zwala wszystko na mnie i kara trafia się mnie. Małgożata jest: leniwa, mądralińska, hałaśliwa i brak jej cierpliwości. Niech sobie będzie jaka chce. Dla mnie będzie jedyna, wyjątkowa, kochana...

                                                                                         Koniec
   

niedziela, 27 września 2015

Mała Małgorzatka i wielki pech

   Cześć! To ja Mała Małgorzatka. Skoro już wiecie o mnie co nieco, z poprzedniej części możemy opowiedzieć o pewnym dniu, który utkwił mi w pamięci. Dniu, który był niezwykły. Dniu nazywanego pechowym...
  Rano nie chciało mi się wstawać. Co gorsza nie usłyszałam budzika, a moja porcja marchewki, rozgotowała się na marchewkową papkę. Spróbowałam sobie zrobić tosty z malinową marmoladą, ale nie udało się. Nie udało się, bo wszystkie tosty zjadła moja macocha -  Marycha. Co robić? Po chwili wahania zrobiłam sobie migdałowe muffinki. Musiałam się jeszcze ubrać i... o nie! Na moją, nową sukienkę wylała się maślanka. Trudno, wezmę inną, a teraz szybko do szkoły. 
W szkole okazało się, że mój ulubiony nauczyciel - Pan Marcel od mrożenia (nauka mrożenia bez pomocy lodówki) zachorował. Ponadto zapomniałam zeszytu od j. mongolskiego, a Pani Marta wylała na mnie moją porcję zupy morelowej i spaliła mój obiad. Gdy wróciłam do domu macocha powiadomiła mnie, że mój materac ma małe rozdarcie i musiała kupić inny. Poprosiłam ją o obiad. Dała mi makaron w sosie morelowym i wyprała moją mufkę. Jak przyjemnie jest wyciągnąć się na materacu, po cały m dniu pechowych zdarzeń...
- Moja, miła cioteczko! Mam nadzieję, że Małgorzatka ma malutko czasu, żeby namalować mi maki! Czy zrobisz mi moje ulubione mandarynki z makiem?
Tak! To moja kuzynka Monika tak miauczy. Mam nadzieję, że nie będzie się mądrzyła na temat mody. Musiała przyjść akurat dzisiaj? Mówicie, że nie? Ja uważam, że musiała. Nigdy nie rzychodzi kiedy trzeba. O nie! Weszła do pokoju. Szybko zamknęłam oczy i udałam, że śpię. Monika mrugała szybko oczami i potrząsała mną. Otworzyłam więc oczy z powrotem i krzyknęłam ze zdumienia! A był powód do krzyku. Monika miała włosy mokre, a małe rączki obciśnięte w malinową mufkę. Miała na sobie miniówkę koloru mango, a na nogach mokasyny o 4 numery za duże. Jak onamoże wytrzymać? Macocha machnęła ręką i zawołała nas na mini - podwieczorek. Był murzynek i mandarynki z makiem.
  Jak ona je wymiauczała? Mi się nigdy nie udaje... 


                                                                                                      Koniec       

wtorek, 22 września 2015

Rodzinka żarcików

   Zaczęło się pewnego, słonecznego dnia. W ten dzień, moja rodzina... Nie! Najpierw muszę przecież o niej opowiedzieć.
   Moja mama - ma 41 lat. Zawsze pomoże, doradzi i podpowie. Nigdy nie jest w gorącej wodzie kąpana. Kiedy ma zły dzień, boli ją głowa, a rondle fruwają po kuchni. Na co dzień mama wspaniale gotuje i jest żartobliwie nastawiona.
Mój tata - ma 36 lat. Żartowniś i leniuch. Tata nie lubi pośpiechu, gorzkiej czekolady i pracy w domu. Na szczęście pośród gór roboty, umie znaleźć czas na zabawę i żart. Każdy kto porozmawia z moim tatą będzie miał wrażenie, że przeszedł przez niego "duch żartów".
Ja - czasami uśmiechnięta, a czasami nie. Czasami żartobliwa, czasami zapłakana. Lubię słodycze, żarty i marzenia. Wszystko co przyjemne uwielbiam wymarzyć, a jestem czasami zamyślona, a czasami coś mi się popsuje w myślach. Ogółem - Czarno-biała to ja!
Teraz, jak już wiecie, kim jestem, możemy opowiadać o... Nie! Przecież jeszcze nie powiedziałam ile mam lat. Tego nie da się określić. Jak jestem smutna mówię, że mam 9, a jak jestem wesoła, że 10. Tak teraz można już zaczynać...
Był piękny, słoneczny dzień. Ja i moi rodzice wstaliśmy na śniadanie, o 10:00. Na szczęście była sobota. Na śniadanie zjedliśmy kanapki z szynką, a ja nie lubię szynki. Zaczęło się tak:
- Nie, ja tego nie zjem! - powiedziałam.
- To może wolisz, żeby kanapka zjadła ciebie! - zawołał tata.
- Zjedz połowę kanapki - doradziła mama.
Zjadłam więc połowę kanapki i poszłam do pokoju odrobić lekcje...
- Mamo! Która jest godzina? - spytałam.
- Jest godzina 11:15. Czemu pytasz? - odrzekła mama.
- Bo ja się boję, że nie zdążę na basen! - zmartwiłam się.
- Jak się tak będziesz bać, to się utopisz - zaśmiał się tata.
Po chwili zeszyty miałam spakowane, buty ubrane i worek w rękach. Poszłam na basen. Od razu przestałam się denerwować. W końcu jestem Czarno-biała! Kiedy wróciłam do domu byłam zmęczona. Tak zmęczona, że nie zjadłam obiadu, a ocknęłam się dopiero godzinę później. Zjadłam kolację i zasnęłam...
   Zapamiętajcie sobie jednak jedno: Być Czarno-białą nie jest łatwo. Jednak najlepiej być sobą. Trzeba to docenić.


                                                                                         Koniec!

poniedziałek, 31 sierpnia 2015

"Tajemniczy dziennik"

Nie znoszę porządków na strychu. Trzeba poodkurzać meble, wyrzucić śmieci, schować do szaf niepotrzebne rzeczy, wytrzepać dywany i... WYRZUCIĆ STARE ZABAWKI. Najbardziej nie lubię tego ostatniego. Czasem jednak przychodzi ten dzień, gdy rodzice budzą cię o 5:00 nad ranem i każą sprzątać strych, bo jak nie to będzie zakaz oglądania filmów. Wiadomo, że ten dzień kiedyś nadejdzie. Ten dzień nastąpił właśnie dziś...

Mama mną potrząsnęła i kazała wcinać grzanki i pić szybko mleko. Potem dala mi odkurzacz, miotełkę i szmatkę. Weszłam po starych, drewnianych schodach na strych. Wzięłam miotełkę i zaczęłam wycierać szafę z pajęczyn, kurzu i brudu. Otworzyłam ją. włożyłam do środka starą piłkę i już chciałam ją zamknąć, gdy zauważyłam stary, zakurzony zeszyt. Wzięłam go. Na czerwonej okładce błyszczały złote litery, które układały się w napis: "Hrabina Anna Revolttare - podróż do Hiszpanii." Zaciekawiona otworzyłam zeszyt i pogrążyłam się w lekturze. Oto kilka stron, które przeczytałam:

Sobota, 15 lipca 1880 r.

Wstałam wcześnie. Nawet nie zdążyłam skosztować śniadania. Musiałam spieszyć do karety, która zawoziła mnie do Hiszpanii Wzięłam czerwony kufer i upchałam tam:10 kapeluszy, kilka atłasowych, kolorowych sukni, 3 halki w kwiaty, kilka wachlarzy i podręczny serwis do herbaty oraz drogą biżuterię. Zapowiadał się wspaniały dzień. Jechaliśmy pół dnia. W końcu dojechaliśmy do rezydencji moich wujków - Hrabiny Klary Revolttare i Hrabiego Arnolda Revolttare. Ciotka i wuj przywitali mnie serdecznie i oprowadzili po domu. Potem poszliśmy na spacer do mojej babci (mamy wujka) Hrabiny Anny Revolttare. Oprowadziła nas po parku i pokazywała nam hiszpańskie cuda. Zjedliśmy u niej obiad (zupa pomidorowa za śmietaną, marchewka i świeże mięso). Na zakończenie dnia przejechaliśmy się hiszpańskim powozem. Jest zupełnie inny niż francuski. Jest wyłożony bardziej miękkim materiałem, jest wysadzany rubinami i nie podskakuje na kamieniach. To był dzień pełen wrażeń i byłam szczęśliwa śpiąc w moim łóżku z kolumienkami, pod wujowskim dachem.

Niedziela, 16 lipca 1880 r, 

Obudziłam się. Szybko zjadłam śniadanie i pojechałam powozem do mojej drugiej ciotki: Panny Elizy Sarahazzere. Moja druga ciotka (siostra mamy, nie ma męża) była bardzo surową, kościstą kobietą. Włosy miała zawsze spięte w ciasny, ciemny kok. Jej usta najczęściej przypominały wąską szparkę, lekko zakrzywioną z lewej strony. Ciocia nosiła sztywne, obcisłe, czarne lub bure suknie i wielkie (przeważnie fioletowe i szare) kapelusze z pawimi piórami. W jej towarzystwie nie można było: śmiać się, wykrzywiać, wybrzydzać, jąkać, potykać, kłamać, leniuchować, nucić, śpiewać, garbić się itd. Jeśli ciocia wykryła nawet nawet najmniejszy wybryk, to od razu wygłaszała 2 - godzinną przemowę o dobrym wychowaniu i o tym, że w tak wysoko postawionej rodzinie nie wypada się tak zachowywać. Ciocia od razu zaczęła mnie krytykować. Mówiła min.: że schudłam, że panience z dobrego domu nie wypada nosić różowych rękawiczek, że kapelusze z różami już dawno wyszły z mody, że nie wypada nosić butów z kokardką po prawej stronie itd. Potem kazała mi jeść obiad i nie grymasić. Była jakaś zupa kalafiorowa, pierogi z mięsem i krem z fasolki. BLE! Na szczęście ciocia nie zauważyła jak się skrzywiłam, bo właśnie krytycznie przyglądała się mojej pelerynie wiszącej na wieszaku. Na koniec wizyty ciocia szybko cmoknęła mnie w policzek i dała parę białych rękawiczek, bo (jak to powiedziała): "Dla panienki z dobrego domu odpowiednie są tylko białe". Po czym ciocia szybko zatrzasnęła za mną drzwi. Gdy wróciłam do domu byłam strasznie zmęczona. Zdrzemnęłam się na chwilkę. Zaraz po obudzeniu przeszliśmy się wieczorem po ulicy, zjedliśmy trochę jabłecznika i wujkowie położyli się spać. Ja liczyłam gwiazdy i myślałam o rodzicach, którzy zostali we Francji..

Na tym skończyłam czytać. Zatrzymałam to dla siebie. Od tamtej pory lubię sprzątać strych i zaglądać do starej szafy, w której znalazłam Dziennik Hrabiny Anny Revolttare, z podróży do Hiszpanii.


                                                                         Koniec        

"Kraina wyobraźni"

Tak naprawdę jest tylko jedno miejsce, które chciałabym zobaczyć (niestety jest to niemożliwe). To miejsce to kraina wyobraźni.
W krainie wyobraźni można tworzyć wprost niewyobrażalne rzeczy. Owo miejsce wygląda dla każdego inaczej. Wszyscy mogą w niej przebywać ile tylko chcą. Z krainy marzeń można polecieć na planetę, która nie istniała, nie istnieje i nie będzie istnieć. Można tam tworzyć miasta z lodów, czekolady i innych słodyczy, nieistniejące planety i wiele innych niesamowitych rzeczy. Wystarczy tylko coś sobie wyobrazić i mocno w to uwierzyć...
Teraz wiecie, że to naprawdę wspaniałe miejsce. Szkoda, że nie można się tam dostać...


                                                                              Koniec

niedziela, 14 czerwca 2015

Mała Małgorzata

Dawno, dawno temu za małym morzem i mieniącymi się mokradłami żyła sobie Małgosia. Małgosia mieszkała w małym mieszkaniu razem z macochą Marychą. Miały małpy i morsy w małym mokradełku. Małgosia miała 5 lat i dlatego wszyscy mówili na nią mała Małgosia. Małgosi tata miał na imię Maciej i był marynarzem. Teraz opowiem o jednym dniu z życia Małgosi.

Rano Małgosia wstała o 9:30 i wyłączyła budzik w kształcie mango. Potem umyła się mydłem malinowym i ubrała się w: miękką marynarkę we wzór moro, małą, melanżową miniówkę, morelowy melonik, morską muszkę i miętowe mokasyny. Małgosia była modnisią i uwielbiała się malować morelowa, matową szminką. Po ubraniu Małgosia zeszła z macochą na śniadanie. Na stole wyłożony był mus marchewkowy i morelowa "Miranda". Mała rodzina zjadła mus i skończyła śniadanie. Następnie Małgosia ułożyła włosy na mokrą Włoszkę i pomaszerowała do szkoły by napisać maturę. Małgosia miała marzenie żeby ją zdać. Małgosia na nieszczęście nie zabrała miękkiej mufki. Dziewczynka miała jeszcze do pokonania długą drogę, gdy nagle zobaczyła małego misia Marcinka. Miś chodził z nią do klasy. Marcinek był nowym uczniem, bo niedawno przeprowadził się z rodzicami do malinowej mieściny. Mały misiu powiedział Małgosi, że się martwi, bo się zgubił. Koleżanka pożyczyła mu zapasowe, miękkie mokasyny i zaprowadziła do szkoły. W szkole Małgorzatka i Marcin spotkali swoje koleżanki: Misię, Melanię, Martę i Magdę. Razem poszli do klasy i przygotowali się do matematyki. Pani Martyna zawołała dzieci do sali i zaczęła się lekcja. Na matematyce Pani opowiadała o mnożeniu. Następną lekcją był j. mongolski. Mądry Pan Michał na lekcji modlił się po mongolsku i uczył malowania techniką mongolską. Ostatnia lekcja - malarstwo - upłynęła szybko. Pani Michalina mówiła o malowaniu miejscowym i malarskiej maturze. Następnie Małgosia i inne dzieci zeszły do sali modlitewnej pisać maturę. Po całym dniu szkoły Małgorzata była zmęczona i ledwo doczołgała się do mieszkania. W domu odrobiła zadania, padła na materac i zasnęła.

Teraz, jak już opowiedziałam o dniu z życia Małgosi mogę opisać jej pokój. Za morelowymi drzwiami, po prawej stronie stała mała szafeczka koloru miętowego. Obok niej leżały morelowe materace i zestawy do słuchania muzyki. Na miętowych ścianach wisiały mongolskie monety, nabyte na wakacjach. Zamiast dywanu na podłodze rozłożona była mieniąca się mata. Na suficie wisiał żyrandol z miejscowych malachitów. Mokasyny chowane były w modelarni, w której dziewczynka malowała i lepiła z modeliny małe małpki. Swoje dzieła stawiała na półeczce i ozdabiała je malachitami. Blok, w którym mieszkali Małgosia, macocha i Maciej wyglądał niepozornie. Miał wyłamane drzwi, źle pomalowane dachówki i odrapane melanżowe ściany, ale dla Małgosi zawsze był najpiękniejszy.



                                                                    Koniec!