Szukaj na tym blogu

wtorek, 22 września 2015

Rodzinka żarcików

   Zaczęło się pewnego, słonecznego dnia. W ten dzień, moja rodzina... Nie! Najpierw muszę przecież o niej opowiedzieć.
   Moja mama - ma 41 lat. Zawsze pomoże, doradzi i podpowie. Nigdy nie jest w gorącej wodzie kąpana. Kiedy ma zły dzień, boli ją głowa, a rondle fruwają po kuchni. Na co dzień mama wspaniale gotuje i jest żartobliwie nastawiona.
Mój tata - ma 36 lat. Żartowniś i leniuch. Tata nie lubi pośpiechu, gorzkiej czekolady i pracy w domu. Na szczęście pośród gór roboty, umie znaleźć czas na zabawę i żart. Każdy kto porozmawia z moim tatą będzie miał wrażenie, że przeszedł przez niego "duch żartów".
Ja - czasami uśmiechnięta, a czasami nie. Czasami żartobliwa, czasami zapłakana. Lubię słodycze, żarty i marzenia. Wszystko co przyjemne uwielbiam wymarzyć, a jestem czasami zamyślona, a czasami coś mi się popsuje w myślach. Ogółem - Czarno-biała to ja!
Teraz, jak już wiecie, kim jestem, możemy opowiadać o... Nie! Przecież jeszcze nie powiedziałam ile mam lat. Tego nie da się określić. Jak jestem smutna mówię, że mam 9, a jak jestem wesoła, że 10. Tak teraz można już zaczynać...
Był piękny, słoneczny dzień. Ja i moi rodzice wstaliśmy na śniadanie, o 10:00. Na szczęście była sobota. Na śniadanie zjedliśmy kanapki z szynką, a ja nie lubię szynki. Zaczęło się tak:
- Nie, ja tego nie zjem! - powiedziałam.
- To może wolisz, żeby kanapka zjadła ciebie! - zawołał tata.
- Zjedz połowę kanapki - doradziła mama.
Zjadłam więc połowę kanapki i poszłam do pokoju odrobić lekcje...
- Mamo! Która jest godzina? - spytałam.
- Jest godzina 11:15. Czemu pytasz? - odrzekła mama.
- Bo ja się boję, że nie zdążę na basen! - zmartwiłam się.
- Jak się tak będziesz bać, to się utopisz - zaśmiał się tata.
Po chwili zeszyty miałam spakowane, buty ubrane i worek w rękach. Poszłam na basen. Od razu przestałam się denerwować. W końcu jestem Czarno-biała! Kiedy wróciłam do domu byłam zmęczona. Tak zmęczona, że nie zjadłam obiadu, a ocknęłam się dopiero godzinę później. Zjadłam kolację i zasnęłam...
   Zapamiętajcie sobie jednak jedno: Być Czarno-białą nie jest łatwo. Jednak najlepiej być sobą. Trzeba to docenić.


                                                                                         Koniec!

poniedziałek, 31 sierpnia 2015

"Tajemniczy dziennik"

Nie znoszę porządków na strychu. Trzeba poodkurzać meble, wyrzucić śmieci, schować do szaf niepotrzebne rzeczy, wytrzepać dywany i... WYRZUCIĆ STARE ZABAWKI. Najbardziej nie lubię tego ostatniego. Czasem jednak przychodzi ten dzień, gdy rodzice budzą cię o 5:00 nad ranem i każą sprzątać strych, bo jak nie to będzie zakaz oglądania filmów. Wiadomo, że ten dzień kiedyś nadejdzie. Ten dzień nastąpił właśnie dziś...

Mama mną potrząsnęła i kazała wcinać grzanki i pić szybko mleko. Potem dala mi odkurzacz, miotełkę i szmatkę. Weszłam po starych, drewnianych schodach na strych. Wzięłam miotełkę i zaczęłam wycierać szafę z pajęczyn, kurzu i brudu. Otworzyłam ją. włożyłam do środka starą piłkę i już chciałam ją zamknąć, gdy zauważyłam stary, zakurzony zeszyt. Wzięłam go. Na czerwonej okładce błyszczały złote litery, które układały się w napis: "Hrabina Anna Revolttare - podróż do Hiszpanii." Zaciekawiona otworzyłam zeszyt i pogrążyłam się w lekturze. Oto kilka stron, które przeczytałam:

Sobota, 15 lipca 1880 r.

Wstałam wcześnie. Nawet nie zdążyłam skosztować śniadania. Musiałam spieszyć do karety, która zawoziła mnie do Hiszpanii Wzięłam czerwony kufer i upchałam tam:10 kapeluszy, kilka atłasowych, kolorowych sukni, 3 halki w kwiaty, kilka wachlarzy i podręczny serwis do herbaty oraz drogą biżuterię. Zapowiadał się wspaniały dzień. Jechaliśmy pół dnia. W końcu dojechaliśmy do rezydencji moich wujków - Hrabiny Klary Revolttare i Hrabiego Arnolda Revolttare. Ciotka i wuj przywitali mnie serdecznie i oprowadzili po domu. Potem poszliśmy na spacer do mojej babci (mamy wujka) Hrabiny Anny Revolttare. Oprowadziła nas po parku i pokazywała nam hiszpańskie cuda. Zjedliśmy u niej obiad (zupa pomidorowa za śmietaną, marchewka i świeże mięso). Na zakończenie dnia przejechaliśmy się hiszpańskim powozem. Jest zupełnie inny niż francuski. Jest wyłożony bardziej miękkim materiałem, jest wysadzany rubinami i nie podskakuje na kamieniach. To był dzień pełen wrażeń i byłam szczęśliwa śpiąc w moim łóżku z kolumienkami, pod wujowskim dachem.

Niedziela, 16 lipca 1880 r, 

Obudziłam się. Szybko zjadłam śniadanie i pojechałam powozem do mojej drugiej ciotki: Panny Elizy Sarahazzere. Moja druga ciotka (siostra mamy, nie ma męża) była bardzo surową, kościstą kobietą. Włosy miała zawsze spięte w ciasny, ciemny kok. Jej usta najczęściej przypominały wąską szparkę, lekko zakrzywioną z lewej strony. Ciocia nosiła sztywne, obcisłe, czarne lub bure suknie i wielkie (przeważnie fioletowe i szare) kapelusze z pawimi piórami. W jej towarzystwie nie można było: śmiać się, wykrzywiać, wybrzydzać, jąkać, potykać, kłamać, leniuchować, nucić, śpiewać, garbić się itd. Jeśli ciocia wykryła nawet nawet najmniejszy wybryk, to od razu wygłaszała 2 - godzinną przemowę o dobrym wychowaniu i o tym, że w tak wysoko postawionej rodzinie nie wypada się tak zachowywać. Ciocia od razu zaczęła mnie krytykować. Mówiła min.: że schudłam, że panience z dobrego domu nie wypada nosić różowych rękawiczek, że kapelusze z różami już dawno wyszły z mody, że nie wypada nosić butów z kokardką po prawej stronie itd. Potem kazała mi jeść obiad i nie grymasić. Była jakaś zupa kalafiorowa, pierogi z mięsem i krem z fasolki. BLE! Na szczęście ciocia nie zauważyła jak się skrzywiłam, bo właśnie krytycznie przyglądała się mojej pelerynie wiszącej na wieszaku. Na koniec wizyty ciocia szybko cmoknęła mnie w policzek i dała parę białych rękawiczek, bo (jak to powiedziała): "Dla panienki z dobrego domu odpowiednie są tylko białe". Po czym ciocia szybko zatrzasnęła za mną drzwi. Gdy wróciłam do domu byłam strasznie zmęczona. Zdrzemnęłam się na chwilkę. Zaraz po obudzeniu przeszliśmy się wieczorem po ulicy, zjedliśmy trochę jabłecznika i wujkowie położyli się spać. Ja liczyłam gwiazdy i myślałam o rodzicach, którzy zostali we Francji..

Na tym skończyłam czytać. Zatrzymałam to dla siebie. Od tamtej pory lubię sprzątać strych i zaglądać do starej szafy, w której znalazłam Dziennik Hrabiny Anny Revolttare, z podróży do Hiszpanii.


                                                                         Koniec        

"Kraina wyobraźni"

Tak naprawdę jest tylko jedno miejsce, które chciałabym zobaczyć (niestety jest to niemożliwe). To miejsce to kraina wyobraźni.
W krainie wyobraźni można tworzyć wprost niewyobrażalne rzeczy. Owo miejsce wygląda dla każdego inaczej. Wszyscy mogą w niej przebywać ile tylko chcą. Z krainy marzeń można polecieć na planetę, która nie istniała, nie istnieje i nie będzie istnieć. Można tam tworzyć miasta z lodów, czekolady i innych słodyczy, nieistniejące planety i wiele innych niesamowitych rzeczy. Wystarczy tylko coś sobie wyobrazić i mocno w to uwierzyć...
Teraz wiecie, że to naprawdę wspaniałe miejsce. Szkoda, że nie można się tam dostać...


                                                                              Koniec

niedziela, 14 czerwca 2015

Mała Małgorzata

Dawno, dawno temu za małym morzem i mieniącymi się mokradłami żyła sobie Małgosia. Małgosia mieszkała w małym mieszkaniu razem z macochą Marychą. Miały małpy i morsy w małym mokradełku. Małgosia miała 5 lat i dlatego wszyscy mówili na nią mała Małgosia. Małgosi tata miał na imię Maciej i był marynarzem. Teraz opowiem o jednym dniu z życia Małgosi.

Rano Małgosia wstała o 9:30 i wyłączyła budzik w kształcie mango. Potem umyła się mydłem malinowym i ubrała się w: miękką marynarkę we wzór moro, małą, melanżową miniówkę, morelowy melonik, morską muszkę i miętowe mokasyny. Małgosia była modnisią i uwielbiała się malować morelowa, matową szminką. Po ubraniu Małgosia zeszła z macochą na śniadanie. Na stole wyłożony był mus marchewkowy i morelowa "Miranda". Mała rodzina zjadła mus i skończyła śniadanie. Następnie Małgosia ułożyła włosy na mokrą Włoszkę i pomaszerowała do szkoły by napisać maturę. Małgosia miała marzenie żeby ją zdać. Małgosia na nieszczęście nie zabrała miękkiej mufki. Dziewczynka miała jeszcze do pokonania długą drogę, gdy nagle zobaczyła małego misia Marcinka. Miś chodził z nią do klasy. Marcinek był nowym uczniem, bo niedawno przeprowadził się z rodzicami do malinowej mieściny. Mały misiu powiedział Małgosi, że się martwi, bo się zgubił. Koleżanka pożyczyła mu zapasowe, miękkie mokasyny i zaprowadziła do szkoły. W szkole Małgorzatka i Marcin spotkali swoje koleżanki: Misię, Melanię, Martę i Magdę. Razem poszli do klasy i przygotowali się do matematyki. Pani Martyna zawołała dzieci do sali i zaczęła się lekcja. Na matematyce Pani opowiadała o mnożeniu. Następną lekcją był j. mongolski. Mądry Pan Michał na lekcji modlił się po mongolsku i uczył malowania techniką mongolską. Ostatnia lekcja - malarstwo - upłynęła szybko. Pani Michalina mówiła o malowaniu miejscowym i malarskiej maturze. Następnie Małgosia i inne dzieci zeszły do sali modlitewnej pisać maturę. Po całym dniu szkoły Małgorzata była zmęczona i ledwo doczołgała się do mieszkania. W domu odrobiła zadania, padła na materac i zasnęła.

Teraz, jak już opowiedziałam o dniu z życia Małgosi mogę opisać jej pokój. Za morelowymi drzwiami, po prawej stronie stała mała szafeczka koloru miętowego. Obok niej leżały morelowe materace i zestawy do słuchania muzyki. Na miętowych ścianach wisiały mongolskie monety, nabyte na wakacjach. Zamiast dywanu na podłodze rozłożona była mieniąca się mata. Na suficie wisiał żyrandol z miejscowych malachitów. Mokasyny chowane były w modelarni, w której dziewczynka malowała i lepiła z modeliny małe małpki. Swoje dzieła stawiała na półeczce i ozdabiała je malachitami. Blok, w którym mieszkali Małgosia, macocha i Maciej wyglądał niepozornie. Miał wyłamane drzwi, źle pomalowane dachówki i odrapane melanżowe ściany, ale dla Małgosi zawsze był najpiękniejszy.



                                                                    Koniec!      

czwartek, 30 kwietnia 2015

Kot w butach (dramat)

Ta bajka jest całkiem inna,
Może powie ktoś dziecinna.
Całkiem inna niż wszystkie baśnie,
Ale to "Kot w butach" właśnie.

AKT I
Za niebieską rzeczką, gdzieś niedaleczko, trzech synów życie wiedzie i żyje w biedzie.

BRAT I
Odziedziczyć po Ojcu chcę młyn,
Bo ze mnie najstarszy syn.

BRAT II
Ja chcę osła dostać,
Bo ze mnie dobra postać.

BRAT III
Mi kot zostaje bury,
Bo bardzo jestem ponury.

AKT II
Kot i BRAT III są przy stawie...

BRAT III
Tak myślę sobie,
Już wiem co zrobię!
Nagi wejdę do wody,
Gdy mijać mnie będą króla korowody,
Powiem, że zbójcy napaść mnie chcieli!
Takiego szczęścia jeszcześmy nie mieli.

KOT
Odradzam ci mój drogi serdecznie.
Zapowiada się niebezpiecznie!

Brat kota nie słucha i myśli, że to podpucha. Nagi do wody wchodzi i jak podczas powodzi rękami macha i czepia się skał, a kot na to...

KOT
Miau! Miau!
Chłopaku, ty na basen nie chodziłeś,
Bo przecież gdy się urodziłeś,
Basenu jeszcze nie było na świecie.
Co było potem - sami zgadniecie.

Pewnie by długo jeszcze pożył, ale już prawie na dnie się ułożył, bo przecież już zaczął się topić. To nie wypada takie rzeczy robić!

Morał taki jest z tego:
Ucz się pływać, mój mały kolego!

Kłótnia znaków interpunkcyjnych

W pewnym zdaniu spotkały się znaki przestankowe.
- Beze mnie nie byłoby zdania - mówi kropka.
- Naprawdę? Przecież to ja podkreślam wszystkie pytania - odpowiada znak zapytania.
- Nieprawda! - wrzasnął wykrzyknik - To ja zaznaczam emocje!
- Zapomnieliście, że ja kryję wszystkie tajemnice? - mówi tajemniczo wielokropek.
- Nie lubię jak się pcha słowa na siłę. Ja ustanawiam wygodę! - odparł myślnik.
- Kryję bardzo ważne słowa. Zapomnieliście? - mówi ze złością cudzysłów.
- Ja oddzielam informacje! To nieważne? - krzyczy średnik.
- Po mnie znajdują się pojedyncze słowa! Powinienem być ważny! - złości się dwukropek.
I tak się kłócili, że całe zdanie zepsuli.

                                                                     Koniec    

Tablica

Jestem tablica.
W klasie sobie wiszę
I wprost uwielbiam jak ktoś na mnie pisze.

Obok mnie stoi szafa,
Wysoka jak żyrafa.
Podczas sprawdzianu cichutko szepczemy,  
Ale po co, to my nie wiemy.

Na przerwach nudzę się trochę,
Na zabawę mam ochotę.
Lecz szafa książki porządkuje
I ładu pilnuje.

Najlepszą rzeczą na świecie,
Jest pisanie - to już wiecie.
Lecz gdy ktoś mocniej pisakiem naciśnie,
To pisak czasami cichutko piśnie.

Tak swoje życie wiodę,
Doceniam w nim swobodę,
Bo w klasie sobie wiszę
I czekam na ciszę...        


                                               Koniec